Strona główna / Start / Doświadczenia innych / Z pamiętnika początkującej emigrantki



Right menu

Szukanie zatrudnienia

Rozmowa kwalifikacyjna

Jakiś czas temu podjęłaś decyzję – zmieniam pracę! Odbyłaś żmudny proces...

Porady w pisaniu brytyjskiego CV

Każdy, kto szuka pierwszej pracy bądź chce zmienić pracę na nową, musi stanąć przed wyzwaniem jakim jest...

Formularze podatkowe

Krótki przewodnik po brytyjskich formularzach podatkowych...

Kariera młodej mamy

Poszukiwanie pracy po narodzinach dziecka może się okazać nie lada wyzwaniem.

Jak zostać wolontariuszem

Masz trochę wolnego czasu? Chcesz spróbować czegoś nowego, a przy okazji pomóc innym?


Z pamiętnika początkującej emigrantki

Agata Olewińska

11.01.2010

Nazywam się Agata, mam zielone oczy i 168 cm wzrostu. Nie lubię gotowanej marchewki, kisielu i...

widoku surowego mięsa. Za to uwielbiam słodycze, grejpfruty i zapach papierosowego dymu. Do Londynu przyjechałam 10 października bieżącego roku...

Spakowałam walizki, okleiłam stosy papierowych kartonów, ucałowałam ukochaną babcię i brata, a zaraz potem pokiwałam porozumiewawczo do rodziców. Ruszamy – powiedział tata zabierając do samochodu to, co akurat miał pod ręką – i pamiętaj żeby zabrać wszystkie dokumenty kota – przypomniała po raz kolejny tego dnia mama, po czym udała się w kierunku obładowanego niczym ciężarówka samochodu.

Niewiele przypominam sobie z samej podróży. Pamiętam tylko, że było ciemno, zimno i na początku strasznie telepało samochodem. – No kochane, takie są uroki podróżowania po Polsce – oznajmił tata, gdy po raz kolejny podrzuciło autem niczym kauczukową piłką. Potem było już tylko lepiej. Chociaż przyznam, że podczas całej wyprawy towarzyszył mi nieodłączny lęk o rodziców, którzy zupełnie jak niezmordowani kierowcy rajdowi mijali kolejne granice. Najwięcej strachu najedliśmy się jednak przed samą odprawą paszportową w Calais. Celnik miał zastrzeżenia co do paszportu kota. Tak paszportu! Wydałam majątek żeby mój kochany zwierzak mógł ze mną pojechać do Londynu. Wszyscy znajomi naśmiewali się, że kot – dachowiec znaleziony w jednej z podwarszawskich wsi jedzie sobie do Anglii wyposażony w paszport, serię szczepionek i mikroczip. Na szczęście po kilkunastu minutach okazało się, że wszystko się zgadza i mogliśmy spokojnie wjechać na prom. Po godzinie byliśmy już w Dover.

15 października

Dziś zostałam zupełnie sama. Rodzice o 6 rano wyruszyli z powrotem do Polski. Do południa szlochałam jak szalona. Twarz spuchła mi do tego stopnia, że nie mogłam normalnie otworzyć przekrwionych od łez oczu. Raz po raz przytulałam zdezorientowanego kota, który ze strachu chował się za lodówkę. Sama nie wiedziałam czy dobrze zrobiłam przyjeżdżając do Anglii. Resztki rozumu podpowiadały mi jednak, że trzeba się jakoś ogarnąć i stanąć na nogi. Przemyłam twarz lodowatą wodą, pomalowałam niedbale rzęsy i wyszłam na ulicę.

Przeszłam zaledwie dwie przecznice i o mało nie zostałam przejechana przez samochód, a chwilę potem przez dwa pędzące rowery. – No tak – pomyślałam – przecież tu mają ruch lewostronny. Niczym nie zrażona szłam więc dalej przypatrując się wnikliwie ślicznym angielskim domom i zaparkowanym samochodom z tzw. górnej półki. Bezwstydnie zaglądałam ludziom w okna, przypatrywałam się oryginalnym wystawom pobliskich sklepów i butików z dziwacznymi sukienkami, bluzkami i różnorodnymi butami. Do wyboru do koloru – mruknęłam sama do siebie i ruszyłam w stronę wielkiego skrzyżowania.

Im bliżej głównej ulicy tym coraz więcej ludzi. Wprost nie do opisania! Ludzie niczym mrówki wchodzili i wychodzili z metra nawzajem się przy tym przeciskając, przepraszając i pozdrawiając. I do tego cała ta różnorodność! Każdy inny. Ten biały, ten czarny. Ta skośnooka w kolorowej sukience z cekinami, a tamta czarna z kolorowym afro na głowie. W tak dużej aglomeracji jaką jest niewątpliwie Londyn każdy chce się wyróżniać, każdy chce być oryginalny. Od tego przepychu, koloru i hałasu na dobre rozbolała mnie głowa. Stanęłam grzecznie na chodniku, czekając naiwnie na zmianę świateł. No cóż przynajmniej w tym jednym byłam oryginalna – w czekaniu. Reszta przechodniów niczym nie wzruszona przechodziła sobie jak gdyby nigdy nic na czerwonym świetle - pomykając pomiędzy trąbiącymi samochodami, autobusami i taksówkami. No cóż kto pierwszy ten lepszy – pomyślałam i wybiegłam na ulicę.

19 października

Moja lodówka opustoszała dziś na dobre. Chcąc nie chcąc udałam się w końcu do sklepu w poszukiwaniu jedzenia. Właśnie wróciłam z Tesco i z przykrością stwierdzam, że nie znalazłam nic co zaspokajałoby moje żywieniowe potrzeby. Tęsknię za polską wędliną i pieczywem. Tutaj wszystko jest pakowane. Zupy, drugie dania. Nic tylko wrzucić do mikrofali i zajadać. Ohyda. Coraz poważniej zaczynam się zastanawiać na otwarciem sklepu z polską kiełbasą gdzieś w okolicach domu.

22 października

Od poniedziałku zacięcie i wytrwale szukam pracy. Na razie wysyłam CV gdzie popadnie. Na początek chciałabym popracować trochę z Anglikami. Muszę doszlifować język, osłuchać się z brytyjskim akcentem – a to nie lada zadanie. Brytyjczycy „połykają” niekiedy końcówki wyrazów, a wtedy dość trudno jest ich zrozumieć. Na razie jestem niepoprawną optymistką – będzie dobrze. Musi być!

25 października

Rano zadzwonili do mnie w sprawie pracy dorywczej. Mam kelnerować przy bankietach, premierach i różnego rodzaju imprezach firmowych. Na początek dobre i to.

28 października

Kilka dni temu, stojąc w kolejce na poczcie, poznałam sympatyczną dziewczynę z Czech. Po krótkiej rozmowie na temat życia w Londynie, wymieniłyśmy się numerami telefonów by już w najbliższą sobotę pójść do pubu w celu integracyjnym. Na ulicy jak to zwykle w weekend tłumy podpitych, rozwrzeszczanych ludzi. Nie zrażone takim widokiem udałyśmy się w stronę pobliskiego pubu. A tam – no cóż – kolejne rozczarowanie. Brak miejsc. Oczywiście opcja stania przez knajpą nie wchodziła w grę. A swoją drogą zupełnie nie rozumiem dlaczego panuje tutaj taka dziwna moda przesiadywania przed pubem bądź na pobliskim chodniku jeśli w środku nie ma wystarczającej ilości wolnych miejsc. Absurd!

12 listopada

Dziś wybrałam się na popołudniowy spacer po dzielnicy The City. Wszędzie restauracje, kafejki, biurowce, wielkie przeszklone wnętrza i ten pośpiech. Każdy tutaj gdzieś się śpieszy, po coś biegnie, coś ma do załatwienia. W powietrzu czuć zapach kawy. No i te garnitury, marynarki, żakiety, spinki, krawaty…

P.S. W niedzielę zarezerwowałam bilet do Polski na święta. Tak się cieszę!

17 listopada

Zupełnie nie rozumiem kto wymyślił te cholerne krany – jeden do ciepłej, drugi oddzielny do zimnej wody. Jak tu normalnie można umyć twarz?

3 grudnia

W zeszłym tygodniu kelnerowałam po raz pierwszy w życiu. Akurat trafiłam na światową premierę filmu „The Golden Compass”. Była Nicole Kidman, Daniel Craig i w ogóle cała ta śmietanka towarzyska. Czy ich widziałam? Tylko Nicole i to z daleka. W sumie prawie wcale.

P.S. Jeszcze tylko 15 dni i będę w Polsce. Byle do Świąt! Bo co to za Święta bez śniegu…

Drukuj Wyślij znajomym