Strona główna / Nasze sprawy / Moda i styl / Anarchista w świecie mody



Right menu


Alexander McQueen - anarchista w świecie mody

Malgorzata Sychta

15.03.2010

Kiedy w lutym świat obiegła wiadomość o nagłej śmierci Alexandra McQueena...

Alexander McQeen podczas przygotowań do pokazu
Fot: Anne Denieu www.alexandermcqueen.com

miłośnicy mody byli w szoku. Odszedł wizjoner, prawdziwy artysta, legenda – takie słowa pojawiały się w wypowiedziach wielu ludzi związanych z branżą.

Choć wspomnianych określeń używa się niekiedy na wyrost, do tragicznie zmarłego projektanta pasowały idealnie. W ciągu 15 lat swojej kariery aż 4 razy zdobył tytuł British Fashion Designer of the Year. Współpracował z wieloma znanymi domami mody, by wreszcie zająć się projektowaniem pod własnym nazwiskiem.

Był ulubieńcem gwiazd – Lady Gaga wystąpiła w stroju jego autorstwa w teledysku do piosenki „Bad Romance”, firmowane przez niego kreacje nosiły też Rihanna, Sarah Jessica Parker, Bjork i Jessica Alba. Na pogrzebie McQueena w kościele św. Pawła w londyńskim Knightsbridge pojawiło się ponad 100 żałobników, w tym supermodelki Kate Moss i Naomi Campbell, przyjaciółki projektanta.

Chłopak z Lewisham

Alexander, a właściwie Lee (bo tak brzmiało jego prawdziwe imię) McQueen nie miał najłatwiejszego startu życiowego.

Syn nauczycielki i taksówkarza, urodzony w 1969 roku w niezbyt zamożnej dzielnicy Lewisham we wschodnim Londynie, był najmłodszym z szóstki dzieci. Dorastał w komunalnym mieszkaniu niedaleko Stratford.

Być może nigdy nie udałoby mu się spełnić chłopięcego marzenia o projektowaniu ubrań gdyby nie determinacja i niezachwiana pewność, że to jest właśnie to, co chce robić. Zaczynał od szycia dla swoich trzech sióstr. Jako 16-latek podjął praktykę w szanowanym zakładzie krawieckim Andersona i Shepparda na Savile Row, którego klientami byli między innymi książę Karol i Michaił Gorbaczow. To właśnie tam poznał tajniki nienagannego kroju, charakterystycznego dla wielu jego późniejszych projektów.

Po krótkiej współpracy z firmą Angels and Bermans specjalizującą się w szyciu kostiumów teatralnych McQueen spędził kilka lat w Mediolanie, gdzie doskonalił swoje umiejętności w domu mody Romeo Gigli. Po powrocie do Londynu natychmiast złożył podanie o pracę wykładowcy w kuźni młodych designerskich talentów, prestiżowym college’u Central St Martins. Posady nie dostał, ale władze uczelni, widząc imponujące portfolio i potencjał drzemiący w ambitnym kandydacie, nakłoniły go do podjęcia studiów magisterskich na wydziale projektowania. Ukończył je w roku 1995, a kolekcja, która była jego pracą magisterską, została w całości wykupiona przez znaną stylistkę Isabellę Blow. Był to początek wielkiej kariery chłopaka z East Endu.

Buntownik z natury

Wkrótce nazwisko McQueen zaczęto kojarzyć z szokującymi, dziwacznymi i odważnymi kolekcjami oraz dramatycznymi pokazami przypominającymi przedstawienia teatralne. Modelki pojawiały się na wybiegu w koronach cierniowych założonych do cienkich, zwiewnych sukienek albo z czerwoną szminką nałożoną nie tylko na usta, ale i wokół nich, co sprawiało, że przypominały gumowe lalki z sex-shopów. Barokowe, fantazyjne suknie młodego projektanta sprawiały wrażenie przeniesionych z innego świata; perfekcyjnie skrojonym płaszczom i garsonkom towarzyszyły niezwykłe nakrycia głowy wykonane przez słynnego Philipa Treacy; delikatne barwy nabierały charakteru dzięki niekonwencjonalnym fasonom.

To właśnie McQueenowi zawdzięczamy „bumsters”, czyli bardzo nisko osadzone spodnie biodrówki, on też jako pierwszy wykorzystał w swoich projektach motyw trupiej czaszki.

W 1996 roku McQueen został naczelnym projektantem domu mody Givenchy. Pierwsza jego kolekcja dla tej marki nie była szczególnie udana, i choć następne zostały przyjęte nieco lepiej, londyński enfant terrible świata mody nie mógł znieść ograniczeń, jakie mu narzucano. Po 6 latach współpracy zrezygnował by powrócić do tworzenia pod własnym nazwiskiem.

W dobie kryzysu, kiedy moda stała się nieco bardziej praktyczna a pokazy mniej ekstrawaganckie, Alexander McQueen wciąż zadziwiał i zachywcał. Jego ostatnia kolekcja na wiosnę i lato 2010 była pełna kolorowych nadruków, barw kojarzących się z morzem i krótkich futurystycznych sukienek. Najbardziej niezwykłym elementem kolekcji okazały się buty: ekstremalnie wysokie, groteskowe i zupełnie nie nadające się do noszenia. Media publikowały zdjęcia, komentując ich absolutną niepraktyczność; modelki protestowały, odmawiając założenia ich na wybieg. Dopiero Lady Gaga odważyła się je nosić, dowodząc, że w modzie i sztuce nie ma miejsca na kompromisy.

Samotny na szczycie

Trudno o udane, stabilne życie uczuciowe, kiedy robi się zawrotną karierę w świecie mody. W tej dziedzinie McQueen nie był wyjątkiem. Projektant, który nigdy nie krył się ze swoim homoseksualizmem i twierdził, że swój pociąg do mężczyzn odkrył już jako sześciolatek, był przez rok związany z dokumentalistą Georgem Forsythem. O jego późniejszych podbojach niewiele wiadomo. Trudno się dziwić: kontrowersyjny designer uchodził za skrytego, nawet mrukliwego, i niechętnie udzielał wywiadów.

Jeden z nielicznych, intymny i bardzo otwarty, został opublikowany w „The Guardian” w 2004 roku. Wywiad był zapisem szczerej rozmowy McQueena z jego matką, Joyce. „Czego się najbardziej boisz?” – pytała wtedy matka. „Że umrę przed tobą” – odpowiedział syn.

Jego obawy nie sprawdziły się: Joyce McQueen zmarła 2 lutego. Niektórzy twierdzą, że to właśnie samotność po śmierci ukochanej matki popchnęła projektanta do samobójstwa. Inni doszukują się przyczyn głębiej, w wydarzeniach 2007 roku, kiedy odeszła Isabella Blow, bliska przyjaciółka i mentorka Alexandra. Podobno tych dwoje ostro się posprzeczało, podobno Blow wypomniała McQueenowi, że ją zaniedbuje, podobno niedługo potem dowiedziała się, że ma raka, i odebrała sobie życie. Niektórzy mówią, że projektant nigdy do końca nie doszedł do siebie po jej śmierci.

Jak było naprawdę? Tego zapewne już się nie dowiemy. Zostaną plotki, spekulacje i pomówienia, których nie ma już kto dementować.

Show must go on?

W oknach londyńskiego butiku Alexandra McQueena na Old Bond Street wiszą czarne zasłony. Jest też mała karteczka, oznajmiająca, że sklep jest nieczynny, a właściciel nie żyje. Czy to już koniec marki, która w tak krótkim czasie stała się symbolem, ikoną londyńskiej mody? Robert Polet, prezes Gucci Group będącej właścicielem marki McQueen, twierdzi, że nie. Jak oznajmił niedawno, firma będzie działać nadal. Już wkrótce, podczas Paris Fashion Week, zostanie zaprezentowana ostatnia kolekcja stworzona przez tragicznie zmarłego projektanta, ostatni hołd złożony Alexandrowi McQueenowi przez świat mody.

Czy ktoś będzie w stanie mu dorównać?

Chcesz coś dodać od siebie lub o coś zapytać? Dołącz do naszego forum!

Drukuj Wyślij znajomym