Strona główna / Mama i dziecko / Ciąża i poród w UK / Ciąża w UK i jej prowadzenie



Right menu

Najczęściej czytane

Kariera młodej mamy

Poszukiwanie pracy po narodzinach dziecka może się okazać nie lada wyzwaniem.

Urlop macierzyński

Zasady i warunki przysługiwania urlopu macierzyńskiego w Wielkiej Brytanii.


Ciąża w Wielkiej Brytanii - doświadczenia czytelniczki

Magdalena Wierzbicka

19.01.2010

Kiedy pewnego poranka po objawieniu się różowiutkiego plusa na świeżo zakupionym...

sprawdziły się moje podejrzenia o stanie błogosławionym, to szybko umówiłam się na wizytę u polskiego ginekologa, który potwierdził ciąże i zrobił pierwsze USG, ukazujące prawidłowo rozwijający się zarodek. Pan doktor wyjaśnił szczegółowo etapy nadchodzących miesięcy, polecił zaprowadzić zmiany w diecie, stylu życia i zapoznał z możliwościami korzystania z bezpłatnej opieki w ramach angielskiej służby zdrowia, czyli NHS (National Health Service).

Dowiedziałam się od niego, że w UK pieczę nad kobietą ciężarną sprawują lekarze pierwszego kontaktu i położne, natomiast nie ma jako takiej opieki ginekologicznej, która jest dostępna jedynie w bardziej skomplikowanych przypadkach. Trochę mnie to zaskoczyło, ale zdecydowałam się na pozostanie w Anglii i urodzenie dziecka w Londynie, więc wkrótce złożyłam wizytę interniście, czyli tutejszemu GP (general practitioner).

Starszy pan po moim szczerym wyznaniu, że jestem oto brzemienna, przyjął je na wiarę i skoncentrował się na wypisywaniu skierowania na USG, które przypada tu około 13 tygodnia i jest związane z pomiarami wykluczającymi syndrom Downa. Na moje pytania dotyczące prowadzenia ciąży i bardziej szczegółowych na ten temat informacji odburknął, że na każdego pacjenta przypada 10 minut i... moje właśnie minęło, a i tak wszystkiego się dowiem w odpowiednim czasie. Wyszłam zdziwiona - przecież gdybym nie odbyła już badań ginekologicznych, to przez kolejnych 6 tygodni nic bym o mojej ciąży nie wiedziała!

Na USG pojechałam do pobliskiego szpitala. Odbyło się ono w niezwykle miłej atmosferze. Dostałam pierwsze zdjęcie dziecka i zapewniono mnie, że ciąża przebiega prawidłowo i należy do tych niskiego ryzyka.

Około 15 tygodnia zostałam zaproszona znów do szpitala na wstępne spotkanie z położną. Przeszłam wówczas przez około godzinny wywiad dotyczący stanu mojego zdrowia i historii chorobowej w rodzinie. Pytano mnie o dokładny adres zamieszkania i pracy, własnej i partnera, o numery telefonów. Po raz pierwszy miałam zrobione badania krwi, wykluczające co poważniejsze choroby i potwierdzające grupę krwi. Zbadano mi ciśnienie, zabrano mocz do analizy. Miła pani wręczyła mi masę ulotek dotyczących diety, karmienia piersią, szkoły rodzenia, benefitów przysługujących matkom. Przydzieliła mnie do zespołu położniczego (midwifery team) i zapewniła, że niebawem będzie się ze mną kontaktować moja położna.

Wbrew zapewnieniom nastała jednak cisza i nikt nie zadzwonił. Wtedy postanowiłam wziąć inicjatywę we własne ręce, bo skoro midwife nie mogła znaleźć mnie, to ja jakoś musiałam znaleźć ją. Zaczęłam od zmiany przychodni i próby wyjaśnienia zaistniałej sytuacji, najpierw z nowym GP, potem z siostrą środowiskową (health visitor) i z położną, która została mi wreszcie przydzielona. Po tych perypetiach, właściwie na półmetku ciąży, rozpoczęły się moje regularne spotkania z GP i z położną, które rutynowo badały mi krew, mocz, ciśnienie, sprawdzały bicie dziecięcego serduszka i udzielały potrzebnych rad i wskazówek. W międzyczasie, około 22 tygodnia zrobiono mi kolejne i już ostatnie USG, które ukazało zdrowego chłopczyka.

Zaczęłam też uczęszczać do szkoły rodzenia, do której skierowała mnie moja midwife. Na każde spotkanie związane z ciążą dostawałam wolne w pracy, gdyż pracodawca ma obowiązek je tu zapewnić. Przedyskutowałam z kierownictwem temat urlopu macierzyńskiego (maternity leave), który przysługuje już od około 11 tygodnia przed rozwiązaniem, ale przed odejściem należy dostarczyć lekarskie potwierdzenie daty porodu i zdeklarować się z około miesięcznym wyprzedzeniem, kiedy urlop chciałoby się zacząć. Dowiedziałam się też, że przez 39 tygodni płatnego urlopu pracodawca będzie wpłacał należną mi kwotę (maternity statutory pay) wprost na konto.

Dziewiąty miesiąc postanowiłam sobie zrobić już wolny od pracy i udałam się na urlop w 36 tygodniu ciąży. W tym czasie położna poradziła, żebym skoncentrowała się na pisaniu planu porodowego, zawierającego moje życzenia i preferencje dotyczące znieczulenia, osób asystujących przy porodzie, sposobu postępowania z noworodkiem, które miałyby być udostępnione personelowi szpitalnemu sprawującemu pieczę nad całym wydarzeniem.

W Anglii dostępnych jest kilka sposobów znieczulenia porodowego, z których najpopularniejsze to epidural, entonox (gas and air), TENS (Transcutaneous Electrical Nerve Stimulation). Przy czym w dużej mierze dostępność tych środków uzależniona jest od zasobów szpitalnych, dlatego warto udać się na wizytę do wybranego szpitala, gdzie zazwyczaj organizowane są specjalne spotkania dla przyszłych mam i zebrać potrzebne informacje. Szpital przydzielany jest ze względu na miejsce zamieszkania, choć jest możliwość zmiany, jeśli z jakiś względów nam nie odpowiada, tylko należy zrobić to z dużym wyprzedzeniem, gdyż taka zmiana wiąże się z całą masą czasochłonnych formalności do wypełnienia.

Okazało się, że mój szpital dzielił się na dwa oddziały. Na pierwszym z nich dostępne były wszelkie środki znieczulające, opieka lekarska i aparatura szpitalna umożliwiająca pełne monitorowanie porodu. Z zasady przewidziany był dla kobiet z komplikacjami ciążowymi, które wymagały pomocy i specjalnego traktowania, dla tych rodzących przez cesarskie cięcie i u których wywoływano poród. Również dla tych, które nie mogły sobie poradzić z bólem porodowym czy niedomagających w jakiś inny sposób. Choć można było sobie zażyczyć skierowania na ten właśnie oddział nawet jeśli kobieta była zupełnie zdrowa, ale chciała mieć dostęp do znieczulenia czy nadzoru lekarskiego.

Koncepcja drugiego oddziału zakładała jak największe zbliżenie warunków rodzenia do domowych i propagowany był tam poród naturalny, bez środków uśmierzających, natomiast z bardziej kameralną atmosferą, salą relaksacyjną, salami do porodów wodnych i rodzinnych, w obecności jedynie położnej.

Dużo bardziej spodobał mi się oddział porodów naturalnych. W moim planie zaznaczyłam więc, że decyduję się na poród rodzinny, że wolałabym korzystać jedynie z technik relaksacyjnych, a jakiekolwiek środki przeciwbólowe, jeśli byłyby konieczne, miały być podane na moją wyraźną prośbę. Wyraziłam też życzenie, by o ile to tylko możliwe, unikać epistomii, a dziecko po urodzeniu było pozostawione cały czas ze mną lub z ojcem, nie było kąpane, ani dokarmiane sztucznie. Przy czym poradzono mi napisać również alternatywny plan, w razie gdyby doszło do jakichkolwiek komplikacji, w którym decydowałam się na ewentualne znieczulenie, a w razie porodu wymuszonego na rodzaje interwencji, które byłyby dla mnie do zaakceptowania.

Z perspektywy czasu uważam, że jest to świetny pomysł i gorąco polecam napisanie takiego planu porodu. Oszczędza on wyjaśnień i tłumaczenia w chwili gdy dopadają bóle porodowe, kiedy ciężko jest sformułować jakiekolwiek myśli i zastanawiać się, czego by się chciało a czego nie. Tym bardziej, że z bólami radzi się tu pozostawać jak najdłużej w domu. Jeśli to jeszcze nie pora, to kobieta odsyłana jest do domu, a wszelkie rady najchętniej udzielane są telefonicznie. Tak samo czeka się dość długo, nawet do dwóch tygodni, na wywołanie porodu po spodziewanym terminie.

Mój synek przyszedł na świat siłami natury, czyli zgodnie z planem :), choć nieco spóźniony. Cieszyliśmy się dobrą opieką i rodzinną atmosferą w jednym z londyńskich szpitali. Jako, że wszystko poszło gładko wypisano nas ze szpitala po 24 godzinach obserwacji, choć ten czas waha się w Anglii i zależy od placówki i stanu zdrowia matki i dziecka.

Dodam tylko, że moja ciąża przebiegała wzorowo, więc nie miałam powodu do obaw. Sam poród i pobyt w szpitalu wspominam bardzo dobrze, ale zanim tam trafiłam nie raz przez głowę przebiegła mi myśl, co by było w razie jakichkolwiek komplikacji? Czy opieka byłaby na pewno fachowa i wystarczająca? Na pewno organizacja oraz obsługa w poszczególnych szpitalach może się różnić. Niektóre doświadczenia pozostawiły we mnie jednak poczucie, że o własne dobro trzeba często bardzo zabiegać. Dlatego drogie panie warto o wszystko pytać, choćby i sto razy i nie zrażać się pośpiechem, a czasem też niekompetencją służby zdrowia, za to trzymać rękę na pulsie, konsekwentnie troszczyć się o siebie i wymagać właściwego traktowania.

Na zakończenie chciałam jeszcze życzyć wszystkim mamom na Wyspach, tym obecnym i tym przyszłym, dużo zdrowia, pogody ducha i cierpliwości :)!

Chcesz coś dodać od siebie lub o coś zapytać? Dołącz do naszego forum!

Drukuj Wyślij znajomym